Przez pryzmat wolności

Just another WordPress.com weblog

California Dreaming…

Skomentuj »

Pamięcią wracam do Stanów i wrażeń z Los Angeles. Wyobraźnia kazała mi oczekiwać tego, co znajduje się na poniższym zdjęciu… …lecz ten niewielki wycinek naprawdę nie oddaje natury tego miasta. Na LAX wylądowałem po zmroku, ale z całą pewnością to nie wieczorna pora była przyczyną mojego niezadowolenia. Lotnisko, a przynajmniej zwiedzone przeze mnie obszary, okazały się być pozbawione udogodnień przyspieszających ruch, a odległości do pokonania były naprawdę spore. Nie ma połączenia kolejowego z miastem, metro nie dojeżdża. Taksówkarze nie tylko zdzierają spore kwoty, ale nie jeżdżą też na krótkie dystanse. Startowe sobie, taryfa sobie, a minimalna kwota za przejazd i tak musi być, a wynosi minimum kilkanaście dolarów. Mając hotel ‘pod lotniskiem’, postanowiłem nie dokładać tak bezsensownie i poszukać hotelowego shuttle bus’a, który miał jeździć gdzieś w pobliżu. Strefa autobusów ze względu na liczbę pojazdów i pozorną chaotyczność ich poruszania się przypominała trochę mrowisko. Zajęło mi sporo czasu, zanim ostatecznie wypatrzyłem mój busik, ale mogłem w końcu ruszyć w drogę ku upragnionemu odpoczynkowi.

W hotelu pozytywnym zaskoczeniem było bardzo wygodne łóżko. Spało się w nim tak dobrze, że… przespałem wycieczkę. :/ Kiedy w końcu się zwlokłem i zadzwoniłem do organizatora, moją jedyną szansą miało być dotarcie do Hollywood na własną rękę w ciągu jakichś dwóch godzin. Google pokazał, że przy ówczesnym natężeniu ruchu moje szanse były niewielkie, ale postanowiłem spróbować. Nie chciałem wzywać taksówki, gdyż zanim by dojechała, pewnie straciłbym cenne minuty, więc musiałem liczyć na łut szczęścia. Zdarzyło się tak, że niemal natychmiast ujrzałem w oddali taksę. Była zajęta, lecz sympatycznie wyglądający czarnoskóry kierowca zakrzyknął, że bieżący kurs kończy się na następnej ulicy i abym na niego poczekał, bo za chwilę będzie z powrotem. No, to poczekałem sobie. Dość długo, aby mieć pewność, że mnie wystawił. Cóż, nie mając już dokąd się spieszyć, ruszyłem na spacer przez miasto w kierunku szarej linii metra. Nie wiem, czy to upał tak na mnie działał, czy byłem wciąż zmęczony, ale okazało się BARDZO daleko. A jakież było moje zdziwienie, kiedy ujrzałem upragnioną ‘stację metra’: Nie chciałem jechać autobusem. Nie chciałem kombinować z rozmienianiem pieniędzy na bilet. Nie chciałem czekać nie wiadomo ile czasu. Nie chciałem stać. Nie chciałem w słońcu. Miasto, w którym autobus jest metrem, nie może być normalne. :/ Przeszło mi przez myśl, aby pomaszerować dalej, ale po konsultacji z tubylcami zrezygnowałem. Znamienne, że młode czarne dziewczęta wyśmiały mnie dlatego, że nie pożyczyłem samochodu. :// To z całą pewnością nie jest miasto dla mnie. Szczęśliwie, okazało się, że słoneczne LA ma oprócz autobusów jeszcze dwa rodzaje metra. W barwach Metro Rail (no tak, logiczne…XD) jeździ jeszcze dziwaczny, ciężki tramwaj podobny do znanego z Salt Lake City TRAX’a oraz normalne metro. Co za ulga móc w końcu zejść pod ziemię…;) Jeszcze jedna ciekawostka – niektóre autobusy systemu metra (lol) mają ogrodzone przystanki, stanowiące strefę biletową. Aby powiadomić kierowcę o chęci skorzystania z przystanku na żądanie, należy… no właśnie, może mały quiz?? A. Nacisnąć stosowny przycisk. B. Pociągnąć za kabel biegnący wzdłuż pojazdu. Użytkownicy warszawskich tramwajów z międzywojnia zapewne poczują się jak ryby w wodzie, gdyż do powiadamiania kierowcy służy właśnie kabel. Tego już było dla mnie za wiele i z radością wyczekiwałem wieczornej podróży do Santa Ana. Posiedziałem chwilę w masywnych, skórzanych, dworcowych fotelach, a kolejowy bilet w klasie business pociągu Pacific Surfliner miałem już kupiony. Nie obyło się jednak bez kolejnej wpadki. XD Nie mam pojęcia, jak do tego doszło, ale wybrałem odwrotną relację – nie z LA do Santa Ana, lecz odwrotnie. XD Szczęśliwie, udało się to bez dodatkowych kosztów odwrócić i dojechać do celu w miarę na czas. W pociągu było wifi, a ja pozwoliłem sobie posłuchać utworu nie innego, lecz tylko California Dreaming w wersji DJ’a Sammy’ego. ;)

Written by Liberalismus

23/04/2011 at 6:51

Komu przeszkadzają drogie bilety?? Wszyscy jesteśmy planistami.

z jednym komentarzem

Wkrótce wrócimy pamięcią do Kalifornii, ale zanim to nastąpi – słów kilka o sprawach bieżących.

Kilka dni temu niemiłościwie panująca w Warszawie HGW ogłosiła ustami swych sług, że ceny biletów komunikacji miejskiej zostaną znacząco podniesione. Dane udostępnione przez ZTM pokazują, że koszty utrzymania systemu finansowane są przychodami ze sprzedaży biletów w zaledwie 30%. Naturalnie są również inne źródła pieniędzy, ale nie jest dla nikogo tajemnicą, że komunikacja miejska jest silnie dotowana z miejskiej kasy. Zakłada się, że podwyżka cen biletów ma wyciągnąć więcej z kieszeni pasażerów, a więc zależność ZTM od dotacji finansowanych pieniędzmi podatnika spadnie.

W związku z powyższym za skandaliczną okoliczność uważam fakt, że do protestów przeciwko podwyżkom przyłączyli się niektórzy myśliciele uważający się za liberałów. Podnoszone są różne argumenty. Niektóre wzywają do prywatyzacji całego systemu i zaniechania prześladowań kierowców. Inne traktują jakiekolwiek środki wpływające do komunalnej spółki jako subtelną formę podatku, która jedynie zbierana jest w nieco innej formie. Trzeba sobie jednak jasno powiedzieć, że pierwszy postulat, jeśli w ogóle jest argumentem, to nietrafionym, a drugie twierdzenie należy uznać za zupełnie błędne. Zaczynając od tyłu, istotą podatku jest to, że to usankcjonowana grabież, a w zamian nie otrzymuje się nic. Tymczasem korzystanie z usług ZTM jest pewną wartością (gdyby nie było, to byśmy nie korzystali i nie tracili czasu na jałowe spory o ceny), a zakup biletów czynnością dobrowolną. Ograniczenie przez władzę alternatywy do skartelizowanych taksówek albo prywatnych samochodów spalających horrendalnie opodatkowaną benzynę i stojących w korkach na zawężonych bus-pasami ulicach tej dobrowolności nie zmienia. Przechodząc już do postulatu prywatyzacyjnego i deregulacyjnego jako środka do wytworzenia realnej alternatywy, a przez to pokazania rzeczywiście wolnego wyboru pasażerów, nie ma potrzeby organizować tego procesu odgórnie (co zresztą i tak byłoby nierealne z przyczyn politycznych).

Dobrą drogą jest właśnie ścieżka komercjalizacji, którą zamierza pójść Bufetowa, podnosząc ceny biletów. Odcięcie ZTM od miejskiej kasy i dostosowywanie cen do poziomów choć częściowo adekwatnych do kosztów sprawi, że popyt na usługi komunikacji miejskiej ulegnie weryfikacji. Jeśli przy względnie wysokich (pamiętajmy, że obecnie są SKRAJNIE niskie, nie tylko w relacji do wartości światowych, lecz również w porównaniu do innych polskich miast także dotujących komunikację) cenach biletów Warszawiacy zrezygnują z ZTM lub pojawi się plaga gapowiczów, to będzie trzeba wyprzedawać tabor, nieruchomości i rezygnować z obsługi najbardziej nierentownych linii. W ten sposób dokona się nie tylko prywatyzacja jako taka, ale również z dużym prawdopodobieństwem zapobiegnie się monopolizacji transportu. Może się jednak okazać, że tego rodzaju moloch wytrzyma konkurencję. Zrestrukturyzuje się, obetnie koszty, zadba o klienta i pod presją rynku wykaże, że w tym segmencie transportu korzyści skali pozwalają na zachowanie pozycji monopolistycznej. Wątpliwe to, ale możliwe. Uważam, że najlepiej pokaże to rynek, a zwolennicy zrobienia porządku z ZTM są paradoksalnie jego przeciwnikami, bo to oni jak nie przymierzając centralni planiści wiedzą lepiej, jak spółkę dzielić i sprzedawać. Co więcej, już samo zabranie głosu w dyskusji na temat cen biletów jest swojego rodzaju okazaniem pogardy dla rynku, czego gęby pełne frazesów o prywatyzacji nie przesłonią. Popierając podwyżkę można od biedy tłumaczyć się prostą logiką: mniejsze dotacje dla ZTM => większe samofinansowanie ZTM => m.in. droższe bilety (co niniejszym czynię;). Przeciwstawiając się jej, nie ma się takiej wymówki.

Written by Liberalismus

07/04/2011 at 11:34

New Reno

Skomentuj »

Nowe Reno to do cna zepsute, zdominowane przez cztery gangi miasto w świecie Fallout’a. Stolica nierządu, hazardu i narkomanii, w której wystarczy spuścić z oka swój samochód, aby go niezwłocznie stracić. Nie pamiętam dokładnie, od kiedy chciałem je odwiedzić, ale moje rozgrywki w Fallout’a 2 miały miejsce już w czasach gimnazjum, więc pewnie od jakichś dziesięciu lat. Spełniło się zatem takie małe marzenie, ale prawdziwe Reno, czego się naturalnie spodziewałem, wygląda zupełnie inaczej niż Nowe. Nie widziałem w nim ani jednej ulicznej dziwki, żadnej bójki ani gangstera, a tabliczki informujące o zakazie picia alkoholu w miejscu publicznym wprawiły mnie w osłupienie. To przerosło moje oczekiwania, ale może zacznijmy od początku, czyli od dziwacznej, zdominowanej przez gołe, betonowe ściany stacji kolejowej. To właśnie na niej udało mi się w końcu zrobić zdjęcie oddające ogrom wagonów piętrowych pociągu Caliphornia Zephyr. Oto ono:W niedużym miasteczku łatwo jest dotrzeć do celu, więc poszukiwanie hotelu również nie było trudne. Co innego znalezienie w nim recepcji – jako że dominującą częścią kompleksu było kasyno, musiałem się trochę nachodzić, ale w końcu się udało. Niestety, w tym momencie odkryty został najpoważniejszy błąd, jaki popełniłem w trakcie tej wycieczki. Pokój miałem zarezerwowany na poprzedni dzień :/ Do godziny check out’u było jeszcze trochę czasu, więc nie mogąc w żaden sposób odzyskać tych skromnych środków, jakie włożyłem w rezerwację pokoju (i piszę to bez ironii – miasta z kasynami są naprawdę relatywnie tanie, a za dobę w niezłym hotelu zapłaciłem ok. 30 USD), postanowiłem się zalogować i poszukać w internecie najbliższego połączenia lotniczego do Sacramento, ewentualnie do Los Angeles, bo tam miały się wedle planu rozegrać kolejne etapy mojej podróży. Tymczasem mój nowy nabytek, nowoczesna Toshiba, z którą wiązałem wielkie nadzieje, właśnie w tym kluczowym momencie odmówiła posłuszeństwa i nie chciała się włączyć!! Ruszyło więc przywracanie systemu, a ja pospiesznie zatelefonowałem do brata, mojej ostatniej instancji, który nie od dziś pełnił funkcje daleko wykraczające poza pewną istotną kompetencję banku centralnego. XD Okazało się, że z braku rozsądnych opcji do Sacramento mogę zapomnieć o locie Deltą na trasie SMF – LAX. Przepadło. :/ Trzeba się było wykosztować na lot bezpośrednio do Los Angeles, co też zostało z wielkim niesmakiem uczynione, kiedy komputer odzyskał sprawność.

Mając dobrych kilka godzin, postanowiłem zwiedzić Narodowe Muzeum Samochodów – jedną z nielicznych oprócz kasyn atrakcję Reno. Nigdy nie byłem wielkim fanem motoryzacji, ale dzięki obfitości eksponatów znalazłem coś dla siebie, m.in. prehistoryczny automat z Coca-Colą czy dowody na to, że samochody nie muszą być wyłącznie męską domeną. ;)  

Po opuszczeniu muzeum pozostało mi udać się na lotnisko. Komunikacja miejska nie jest zbyt imponująca, choć koncepcja przewozu rowerów na specjalnych zaczepach przy autobusowym zderzaku była ciekawa. Takim też doświadczeniem okazał się mój pierwszy w życiu przelot samolotem śmigłowym (linii Horizon Air). Mały, zgrabny, ale w początkowej fazie paskudnie rzężący. ;)  

Salt Lake City

Skomentuj »

Witaj, Salt Lake City, miasto mormonów. To tutaj zwolennicy nauk proroka Józefa Smitha schronili się przed nienawiścią motłochu i wrogością federalnego rządu. Godziny obserwacji prowadzonej z okna pociągu pozwalają jednoznacznie powiedzieć, dlaczego właśnie tutaj. TU NIC NIE MA. Okrutne pustkowie, jałowa ziemia, wysokie góry, słone jezioro i wielesetkilometrowe odległości do jakiejkolwiek cywilizacji – oto ziemia obiecana mormonów, którzy z pomocą wózków ręcznych przywieźli tu swe rodziny i resztki dobytku w nadziei na wolność i swobodę życia w zgodzie z zasadami, w które wierzyli. Wielu z nich nie przetrwało tej drogi i nie jest w tym momencie ważne, w co konkretnie wierzą, kogo słuchają i jak praktykują. To, czego dokonali, po prostu zasługuje na szacunek.

Współcześnie miasto wydaje się całkiem ładne, schludne i zadbane. Równe krawężniki i elegancko przystrzyżone trawniki – detale rzucają się w oczy. Szczególnie w religijnym centrum, czyli wokół katedry – wizytówki miasta, stanu i całej mormońskiej wiary. Świątynia jest naprawdę piękna i bardzo żałuję, że można ją podziwiać jedynie z zewnątrz. Obcy w ogóle nie są wpuszczani do środka, a wyznawcy mogą do niej wejść tylko z okazji ważnych uroczystości. Na przyległych terenach znajdują się galerie z ekspozycjami poświęconymi historii mormonów, ich miasta i świątyni. Chodzące parami misjonarki z wielką gorliwością oprowadzają zwiedzających. Trafiła mi się parka opiekunek z Belgii i Hong Kongu. Niestety, wydały się tak samo wytresowane jak misjonarki znane mi z Warszawy. Cechowały je krągłe zdania wypowiadane z wyuczonym entuzjazmem, nieustannie podsycany zapał, ciągłe prawienie umiarkowanie trafnych komplementów i silne dowartościowywanie nawracanego, a do tego to dziwne spojrzenie… Starają się i to bardzo… Zaprowadziły mnie do komnaty z posągiem Chrystusa i puściły materiał po polsku. Językowo był bez zarzutu i nie mam wątpliwości, że ta kojąca i ciepła opowieść wygłaszana jest przez rodowitego Polaka. Najbardziej podobała mi się jednak rzeźba przedstawiająca proroka Józefa Smitha wraz z jego umiłowaną małżonką Emmą. Jest po prostu piękna i choć to tylko posągi, wyraźnie czuć siłę uczucia między nimi… w tym spojrzeniu i ujęciu dłoni żyje miłość. 

Nie wspomniałem jeszcze, że pierwsze chwile w SLC wcale nie były sielankowe. Nocną porą poszukiwałem właściwej drogi z dworca do hotelu, a boleśnie dokuczał mi brak chodników i specyficzne, czysto liczbowe oznaczenia ulic. Zajęło dobrą chwilę, zanim zorientowałem się którędy iść. Następnego dnia też doświadczałem problemów z transportem, ale tym razem z racji kiepskiej komunikacji miejskiej. Salt Lake City cierpi na chorobę tramwajową i jest już kolejnym miastem, w którym ją diagnozują, po Toronto i Denver. Nie jest więc prawdą teza JKM, jakoby te XIX-wieczne zabytki zostały wyrugowane z zachodniej półkuli. TRAX, bo tak nazywa się dziwadło na szynach, jest długim, ciężkim tramwajem i stanowi dumę miasta. Tubylcy mają z pewnością wypracowane mechanizmy sprawnego korzystania z TRAXa i z całą pewnością nie opierają się one na bilecie dobowym. Trudno dostępny bilet kupiłem w zlokalizowanym uprzednio w internecie sklepiku miejscowego… Afgańczyka!! Tak, brodaty pan w dziwnym, białawym nakryciu głowy miał nad sobą flagę i mapę swej starej ojczyzny, wraz z kilkoma flagami USA i hasłem „God bless America”. Mówił płynnie po angielsku i był chyba nieźle zasymilowany, gdyż sprzedawał nawet wieprzowe snack’i. ;) Wracając do komunikacyjnego day pass’a, problem polegał na tym, że motorniczy TRAXa nie kasuje biletów. W warunkach braku kasownika w tymże, istniała jasna procedura – należało najpierw przejechać się autobusem (lub zaczepić jego kierowcę), aby ten łaskawie użył swojego dziurkacza i aktywował bilet. Od tego momentu można już swobodnie jeździć dowolnym środkiem komunikacji miejskiej…. f*ck!! Co za ciemnogród, przypomniała mi się kanadyjska zdrapka i dla porównania – wielofunkcyjna easy card tajwańskiego metra, którą można płacić nawet w części sklepów… w pewnych kwestiach Amerykanie i ich lewi bracia zza północnej granicy powinni się uczyć od Azjatów.

W Salt Lake City funkcjonuje również nieduże planetarium, kilka muzeów (z których niestety odwiedziłem tylko jedno, mało imponujące jako całość, ale za to była w nim urocza galeria poświęcona dojrzewającym dziewczętom…:) i znajduje się… kwatera główna Union Pacific. XD Z miłych akcentów – część mieszkańców ma solidnie wyrobione zdanie na temat prezydenta Obamy. XD Trochę żałowałem, że spędzam tu tak niewiele czasu, ale pociąg do Reno miał wkrótce nadjechać…

 

Written by Liberalismus

08/02/2011 at 8:53

Koleją na Zachód

z jednym komentarzem

Nadszedł czas, aby pożegnać się z Denver. Wymeldowanie z hostelu możliwe było dopiero o siódmej rano, więc nie było sensu wstawać znacznie wcześniej. Ustawiłem więc budzik na 6:50 i zgodnie z planem wyszykowałem się do podróży. Niespiesznie przespacerowałem się do najbliższej stacji rowerów i niemal pustymi ulicami pomknąłem w kierunku dworca. Miałem nieco z górki, więc dotarłem na miejsce zadziwiająco szybko. Odstawiłem rower do stacji pod dworcem i jako że nie miałem jeszcze okazji zjeść śniadania, ruszyłem na obchód w poszukiwaniu jedzenia. Niestety, dworzec Amtraka w Denver okazał się BARDZO specyficzny, a na zimną colę z automatu w charakterze porannego posiłku nie miałem specjalnie ochoty. Obszedłem się więc smakiem i po uzyskaniu częściowego zwrotu kosztu niewykorzystanego biletu CHI => DEN, ustawiłem się w kolejce do odprawy. Warto bowiem zwrócić uwagę, że kolejowe połączenia międzymiastowe w USA mają trochę wspólnego z lotnictwem. Naturalnie – limity bagażu są znacząco większe. ;) Przy odprawie kolejarz wypisał na różowej karteczce numer przydzielonego mi wagonu i mogłem już udać się na peron, a przynajmniej tak mi się wydawało. Pociąg spóźniał się i właśnie ten fakt uznałem za przyczynę tego, że na peronie byłem ZUPEŁNIE sam. Miałem w zasięgu wzroku cały jeden tor pasażerskiego dworca głównego w stolicy stanu Colorado, więc czułem się dość pewnie. Pospacerowałem w jedną i w drugą stronę, porobiłem zdjęcia i czekałem. Przez dworcowy megafon nadano jakiś komunikat, ale nie zrozumiałem ani jednego słowa z tego zniekształconego bełkotu. Wkrótce potem zza płotu odgradzającego peron umundurowany pracownik Amtraka zaczął na mnie krzyczeć!! Chciał zobaczyć mój bilet i różową kartkę, a kiedy je pokazałem, już nieco spokojniej powiedział, że nie powinno mnie tu być ze względów bezpieczeństwa i zapewne z winy nieudolnej ochrony udało mi się chytrze wyjść przed przyjazdem pociągu. Trochę żal mi się zrobiło, że nie będę miał zdjęcia pociągu wjeżdżającego na stację, ale nie szukałem kłopotów i ruszyłem ku poczekalni. Tymczasem pojawiła się spóźniona ochrona w postaci spoconego, naburmuszonego murzyna. Wyglądał na wściekłego, więc przywitałem się z nim grzecznie i zacząłem wyjaśniać, że nie było żadnego zakazu, ale zrobił tylko agresywną minę i zamaszystym gestem pokazał mi drzwi. Nie podejmując już próby rozmowy, poszedłem do poczekalni i wróciłem na peron dopiero na wezwanie kolejarzy. Pociąg wyglądał imponująco. Ogromne, piętrowe wagony zrobiły na mnie wrażenie, podobnie jak para spalinowych lokomotyw, ale prawdziwa radość pojawiła się dopiero w środku, gdy okazało się, że moje skromne miejsce na piętrze gwarantuje mi nie tylko wyśmienite widoki, ale również ogromną przestrzeń na nogi wraz z rozkładanym podnóżkiem, gniazdkami elektrycznymi i brakiem współpasażera. Już nawet ponad godzinne opóźnienie przestało mi przeszkadzać, kiedy wyciągnąłem się wygodnie na swym siedzeniu, zjadłszy przedtem miseczkę ryżu z kurczakiem i warzywami, a popiwszy dwoma kartonikami świeżego mleka. California Zephyr to potężny pociąg, wyposażony w specjalny wagon obserwacyjny z dużymi oknami i częściowo przeszklonym dachem, wagon jadalny z przekąskami i drobiazgami oraz poważny wagon restauracyjny. Ceny nie są może bardzo przystępne, ale jak na amerykańskie warunki należy je uznać za rozsądne, a zjeść można naprawdę przyzwoicie. Mleko dostępne jest bez problemów zarówno na wynos w kartoniku, jak i w szklance do obiadu, więc z pragnienia też nie można umrzeć. Największą atrakcją tej podróży nie są jednak udogodnienia w pociągu, lecz prześliczne widoki i urzekające krajobrazy. Nie wszystkich zapewne podniecają tak jak mnie napotkane pod drodze ogromne składy złożone z leciwych węglarek Union Pacific, ale piękno gór, lasów i rzek Colorado powinno znaleźć powszechne uznanie. Tu jest naprawdę ślicznie i piszę to na koniec piątej godziny spędzonej na pokładzie pociągu California Zephyr na odcinku z Denver do Salt Lake City, mijając właśnie błyszczące, stalowe węglarki Southern Pacific z trzema żółciutkimi niemal jak kaczuszka lokomotywami spalinowymi Union Pacific w środku składu – OCH…!! XD Właśnie dostrzegłem, że jadę już niemal sześć godzin – podróż chyba jeszcze nigdy nie była tak komfortowa – a trzeba pamiętać, że na dole są jeszcze większe siedzenia, a w sąsiednich wagonach leżanki i dwuosobowe pokoje z łóżkami, łazienką etc. ;) Brakuje tylko Wi-fi i współpasażerki. :]

Jestem w pociągu już dziewięć godzin. Dochodzi osiemnasta, więc zgodnie z camp’owymi przyzwyczajeniami – czas na obiadokolację. Nie ma co prawda komu zakrzyknąć „Go eat, guys!!”, ale nawyki robią swoje i mam ochotę coś przekąsić. Jeśli w wagonie restauracyjnym będą wolne miejsca (warto zauważyć, że jest mocno oblegany), to wkrótce się dowiem, co Amtrak przygotował na wieczorny posiłek.

Miejsce było i porządnie zjadłem. Zgodnie z restauracyjnymi zasadami, kelnerka wyznaczyła mi, gdzie miałem usiąść. Konkretnie – przy stoliku z trzema starszymi paniami – Elizabeth, Joey, a imienia trzeciej nie pamiętam. Niewątpliwą zaletą takiego towarzystwa jest możliwość kulturalnego porozmawiania na interesujące tematy – np. polityczne. Panie same rozpoczynały nowe wątki i choć nie przepadały za libertarianami i uważały, że marne skutki rządów Obamy wynikają tylko i wyłącznie z republikańskiej obstrukcji, to i tak było ciekawie. Co więcej, mój posiłek oparty na łososiu z dzikim ryżem i warzywami wzbogacił się o apetyczne udko kurczaka od jednej oraz przesłodkie czekoladowe ciastko od drugiej. Trzecia z pań miała zupełnie nieprzyswajalny przeze mnie akcent i ogólnie trudną wymowę, związaną być może z wadą słuchu. Nie byłem w stanie zrozumieć pewnej końcowej kwestii, więc napisała mi na karteczce: „I said: Make a mental note to always dine with old ladies and you will be showered with all sorts of goodies.” Sweetuśnie. XD Wypiłem trzy kubki mleka, więc czas na drzemkę. Do Salt Lake City zostały niecałe cztery godziny. Sądzę, że można by takim pociągiem podróżować znacznie dłużej… gdyby tylko mieć kogoś przy sobie… zobaczyłem miejsca zarezerwowane dla par z prawej strony wagonu… morale w dół. :(

Written by Liberalismus

29/01/2011 at 10:49

Brmix w Denver

Skomentuj »

Stepowy krajobraz, gorące podmuchy wiatru i schrony przeciw huraganowe – oto pierwsze wrażenia z Denver, które utkwiły w mej pamięci. Pamiętam również specyficzny transport z lotniska do miasta. Najtańszy autobus określany mianem publicznego kosztował 10 USD. Ktoś tu chyba robi niezły business… Cóż, niech im będzie – mimo deficytu, tak strasznie to przecież jeszcze nie zbiedniałem, żeby sępić na autobus, prawda?? Zresztą – zaoszczędziłem na noclegu wybierając bajecznie tani Melbourne Hostel. Zgodnie z planem, miałem dojechać do niego nie taksówką czy niemal nieistniejącym (uwaga – mimo tego, Denver ma chorobę tramwajową!!) transportem publicznym, lecz rowerem. Ufam, że wspomniałem już kiedyś telefon kontrolny z CITI Banku, mający na celu weryfikację, czy to rzeczywiście ja wydaję 5, słownie PIĘĆ, dolarów na wypożyczanie rowerów. No, to teraz nadszedł czas na sprawdzenie, czy system działa. Ekrany dotykowe stacji dokujących wołają o pomstę do nieba i z rozpoznawaniem kart kredytowych też nie jest za wesoło, ale w końcu udało mi się zasiąść na moim czerwonym dwuśladzie. W przednim koszyku torba z laptopem się wcale nie mieści, całe trzy przerzutki uniemożliwiają optymalne dostosowanie do warunków jazdy, a kierownica obrzydliwie brudzi dłonie czarnym świństwem, które się z niej pomalutku wykrusza. Co więcej, remont budynku zasłonił stację dokującą przy hostelu, przez co straciłem sporo czasu. Ostatecznie jednak zalogowałem się, zostawiłem bagaż i ruszyłem na miasto. Tak naprawdę, to za dużo nie zwiedziłem. ;) Odbywał się miejski jarmark czy inny festyno-odpust, przez co całe centrum było kompletnie zastawione namiotami, straganami i barierkami, a dzikie tłumy uniemożliwiały sprawne poruszanie się. Udało się ostatecznie zobaczyć zwieńczony imponującą kopułą kapitol stanowy, prześliczny kościół katolicki p/w niepokalanego poczęcia wraz ze stojącym na jego terenie pomnikiem znanego modernisty Jana Pawła II i siedzibę loży masońskiej w szkockim rycie. Zważywszy ekstremalnie krótki pobyt, to jak dla mnie – wystarczy. ;) Szczególnie, że było bardzo gorąco i kiedy trafiłem w końcu do mojej ulubionej restauracji, to wypiłem litrowego shake’a o smaku pomarańczy oraz litrową diet coke. Kultowe hasło „Toast to your wisdom, clever drink buyer” na dobre zapadło mi w pamięć. XD Na deser – dwóch przystojniaków. XD 

Written by Liberalismus

25/01/2011 at 9:58

Chicago

Skomentuj »

Problemy w Kanadzie do tej pory kształtują moją sytuację finansową. Nie będę się już jednak nad nimi więcej rozwodził, tylko w telegraficznym skrócie opowiem o wizycie w Chicago. Plan był prosty. Miałem zobaczyć Sears (znaczy się Willis;) Tower, popatrzeć na miasto z jej obserwatorium, kupić Rudej (pozdrowienia!!) kilka drobiazgów w polskich sklepach i jeszcze tego samego dnia załapać się na pociąg do Denver. Wspomniane w poprzednim wpisie wypadki przesądziły jednak o tym, że wyglądało to nieco inaczej. Przyleciałem względnie późno, pociąg odjechał, musiałem zanocować i kupić bilet na samolot. Nieocenioną pomoc otrzymałem od brata, który znalazł dobrze położony hotel Courtyard – oczywiście – by Marriott. ^^ Na lotnisku wsiadłem więc do metra, na stacji skorzystałem z automatu z coca-colą obsługującego karty kredytowe oraz pay-pass’a i ruszyłem w kierunku hotelu. Wysiadłem na dobrej stacji, ale że koło siebie były dwa Marriott’y, to spacer mi się nieco wydłużył. Po zalogowaniu się do hotelu kupiłem bilet lotniczy do Denver na następny dzień i ruszyłem do Wieży. Na amerykańskich miastach odciska się wyraźne piętno chuliganów, kryminalistów i mniejszości etnicznych w postaci m.in. brudu, graffiti czy szeroko pojętych uszkodzeń infrastruktury, ale pomimo tego Chicago zrobiło na mnie dobre wrażenie. Może to kwestia świeżych powiewów znad jeziora oraz metra, w którym nie musiałem się bawić w kanadyjską zdrapkę?? Nie mam pewności, ale nie ulega wątpliwości, że Willis Tower robi świetne wrażenie, Zarówno z zewnątrz, jak i w środku. Obserwatorium pozwala podziwiać miasto z bardzo korzystnej perspektywy. Trzeba jednak przyznać, że zatłoczone szklane klatki nie robią tak mocnego wrażenia jak podłoga w CN Tower. Są atrakcyjne, ale szału nie ma. Co innego ulica Pułaskiego. Maszerując po zmroku od jednej stacji Pułaski do drugiej o tej samej nazwie, nie spotkałem ani jednego Polaka, nie słyszałem ojczystego języka ani nie widziałem żadnego polskiego szyldu. Wszędzie wokół byli CZARNI. Czułem się poważnie zagrożony. Spotkałem biały patrol policji, który intensywnie przesłuchiwał jakiegoś afroamerykanina XD. Kiedy zapytałem o polską dzielnicę, jeden funkcjonariusz się roześmiał, a drugi z kamienną twarzą odparł: „Jak widzisz, to nie tutaj.” Zasugerowali mi jednoznacznie, abym się oddalił i chyba dobrze zrobili. Na moje szczęście, miejscowi czarni nie słyszeli, a tylko widzieli naszą rozmowę i wzięli mnie za policjanta. Rzucali więc jakieś slangowe teksty zaczynające i kończące się na ‘officer’, ale czuli respekt i nie zbliżali się zanadto. W pobliżu drugiej stacji metra, kiedy już byłem zdecydowany na powrót do hotelu, jakiś napastliwy murzyn zaczął wyłudzać ode mnie pieniądze. Czmychnąłem do metra, licząc na to, że bramka mnie od niego wyizoluje. On jednak miał nieograniczonego, studenckiego pass’a i wszedł za mną. Cała obsługa w metrze również była czarna, więc nie miałem do kogo zwrócić się o pomoc. Musiałem więc znosić opowieści ‘bezdomnego studenta’, któremu dałem pięć dolarów w nadziei, że zostawi mnie w spokoju. Obawiałem się bowiem, że gdy już wysiądę z metra, to wtedy da mi popalić. On jednak nie tyle co się ucieszył z datku, co zaczął jeszcze intensywniej zawodzić. Wyciągnął z kieszeni parę skarpetek i zaczął na nowo opowiadać o swojej biedzie, niedożywieniu i ciężkim losie. Byłem już jednak niewzruszony i po parunastu minutach powtarzania, że nie dostanie pieniędzy, w końcu odniosłem sukces. Murzyn nie zrobił mi krzywdy i wysiadł na nie mojej stacji.

Ufff… Nigdy więcej czarnej dzielnicy po zmroku!! Noc w hotelu, metro na lotnisko i lot United do Denver. Gdy poprosiłem o mleko, z uśmiechem przynieśli cały karton. Taką obsługę to ja rozumiem…:)

Written by Liberalismus

24/01/2011 at 2:55

Napisane w Uncategorized

Tagi: , , ,

OMG, 4m zaległości – pamięcią do Toronto…

Skomentuj »

Już niemal połowa stycznia?? To się porobiło… mój blog wciąż tkwi na początku września, a tyle się przecież działo… to straszne. ;) Najwyższy czas nadrobić choć część zaległości, wspierając się kolekcją zdjęć, zajrzeć w najgłębsze zakamarki pamięci i podzielić się z czytelnikami dalszą częścią opowieści z podróży.

Wracamy więc do chronologii, od drugiego dnia w Toronto zaczynając. Być może ktoś jeszcze pamięta, jakie paskudne pierwsze wrażenie zrobiło na mnie to zaniedbane, przereklamowane miasto. By być sprawiedliwym, muszę przyznać, że potem było już chyba tylko lepiej. No, może nie licząc obrazków takich jak ten poniżej,pomijając niedziałającego paypass’a w zoo, zapominając o śniadym taksówkarzu-naciągaczu, puszczając w niepamięć… no, może nie tylko, ale ogólnie – jednak lepiej.

Ziścił się bowiem cud w miarę punktualnego spotkania z Marcinem (pozdrowienia!!). Dzielnie dotarliśmy do CN Tower, dla której mimo wszystkich wcześniejszych i późniejszych niedogodności warto było przylecieć do Toronto. Ogromna wieża jest zgrabna, monumentalna, niesamowita… po prostu piękna. Z przyjemnością ogląda się miasto z rekordowo wysoko położonych obserwatoriów, a szklana podłoga to prawdziwy rarytas. Więcej na tym zdjęciu mnie, niż tej podłogi, ale chyba nie szkodzi, prawda?? ;) Bardzo je lubię, gdyż przypomina mi owocne tygodnie, w których ukoronowaniem niemal każdego dnia był wieczór spędzony na siłowni… W każdym razie – w CN Tower znajdują się jeszcze dodatkowe atrakcje, ale nie są warte polecenia. No, może poza sky pod’em, który jest drugim obserwatorium, mniejszym i znajdującym się jeszcze wyżej. Przy mocniejszych podmuchach wiatru czuć wyraźne kołysanie wieży. Tego rodzaju uczucie niestabilności pod stopami jest warte swej ceny.

Czekała mnie jeszcze wyprawa do zoo, w trakcie której musiałem skorzystać z autobusu. No niby nie musiałem, ale z braku metra w tym rejonie, jedyną alternatywą była taksówka, więc wybór okazał się mocno zawężony. Postanowiłem więc skorzystać z okazji i przyjrzeć się przemyślanym rozwiązaniom, zastosowanym w kanadyjskich autobusach. Okazało się jednak, że nie wszystkim takie węszenie odpowiada. Kierowca bardzo się zdenerwował, wyskoczył z szoferki i w niewyszukanych słowach wyrzucił mnie z pojazdu twierdząc, że fotografowanie komunikacji miejskiej jest zabronione. Nie miałem ochoty na bójkę, a dolegliwość wysadzenia na pętli była niewielka, więc w polskim stylu odniosłem “moralne zwycięstwo” XD, grzecznie ustępując.

Kolejnym autobusem udało się dojechać w pobliże zoo (tak, tak, wcale nie DO zoo – musiałem pomylić przystanek;). Tam czułem się naprawdę dobrze. Wśród przyrody, oddychając świeżym powietrzem, podziwiając znane i lubiane zwierzaki wszelkich gatunków, spacerowałem powoli, ciesząc się chwilą, lecz jednocześnie rozmyślając o chwilowej, a w moim przekonaniu niezasłużonej samotności… Nie popadając w nostalgię – choć stanowisko z pingwinami było nieczynne, to czyż nie powinien mi wystarczyć np. … hipopotam?? Niektórzy sądzą, że nie lubię zwierząt. To prawda, że chętnie bym wyłapał wszystkie bezpańskie kundle, lokatorów schronisk pousypiał albo sprzedał Azjatom z licytacji, koty przerobił na kamizelki, zajadam się mięsem, a noszenie naturalnych futer jak najbardziej popieram, ale to wcale nie przeszkadza mi lubić zwierzęta i cieszyć się jak dziecko z ich obecności. Czyż ‘hipcie’ nie są przeurocze?? :)  

Cóż mi jeszcze pozostało?? Na pewno Royal Ontario Museum, do którego przybyli we własnych osobach żołnierze legendarnej terakotowej armii. Po zmroku, w strugach deszczu, dotarłem do muzeum tuż przed jego zamknięciem i… chińskich cudów nie udało mi się zobaczyć. :/ Przy tak krótkim czasie pobytu, wszystko było kwestią dokonania ciekawego wyboru… jak się okazało, wybrałem hipopotamy. ;) To oczywiście nie tak, że w muzeum nie widziałem żadnych eksponatów. Udało mi się, dla przykładu, sfotografować królową Izabelę Katolicką. Nie jestem co prawda ani miłośnikiem, ani znawcą rzeźby, ale podobała mi się. ;) W przeciwieństwie do tego, co czekało mnie na lotnisku. Jak wiadomo, Kanada jest krajem zwasalizowanym przez swojego agresywnego sąsiada, czyli ukrywającą się pod literkami U S A ostoję demokracji, militaryzmu i paranoi. Amerykańscy urzędnicy imigracyjni czatują na lotnisku w Toronto i stoją ponad prawem. Ignorują przedstawione im dokumenty podróży i nie zawsze da się im udowodnić, że nie jest się wielbłądem. Innymi słowy, w oparciu o wyssane ze swych brudnych paluchów argumenty zakwestionowali ważność mojej wizy, przetrzymali przez parę godzin w zamkniętym pomieszczeniu z zakazem używania wszelkiej elektroniki, a potem się łaskawie zlitowali i sprzedali parole za kilkadziesiąt USD. Tacy ludzcy panowie – dali w mordę, a mogli zabić. Należy im się wdzięczność, czyż nie??

Written by Liberalismus

09/01/2011 at 10:29

BWI, DC i Northeast Regional

Skomentuj »

Linie lotnicze AirTran to dobry wybór dla oszczędnych. Mają jednak cechy typowe dla tanich linii – np. drukowanie tandetnej karty pokładowej na białym papierze. Co ciekawe, oferują Wi-fi w trakcie lotu, ale oczywiście dość słono płatne.

Jako dzielny swego czasu harcerz, postanowiłem do mojego skromnego hotelu dojść. W końcu miał być tak blisko, niemal na BWI. Przypadłością lotnisk na całym świecie jest jednak to, że nie dbają o pieszych. Gdy więc chodniki raz po raz urywały się, a czarni dawali sprzeczne wskazówki dotyczące kierunku, straciłem pewność siebie. Po jakimś czasie dotarłem na wielki, strzeżony parking, na którym podjąłem ryzyko – przystałem na propozycję ochroniarza, który zaoferował, że mnie podrzuci swym pick-up’em. Okazał się bardzo sympatyczny i zawiózł mnie prosto pod hotel. Mając pewność, że nie przyjmie pieniędzy, podarowałem mu magnes na lodówkę z bostońskiego Akwarium. Zdziwiło go to i rozbawiło, ale przyjął i odjechał, a ja wkroczyłem do Red Roof Inn. Skromny, przylotniskowy hotel okazał się w środku całkiem zadbany i dość wygodny. Skorzystałem nawet z lodówki, chłodząc kupione w automacie butelki dietetycznej coli. Jako podstawowe, choć nieszczególnie dokuczliwe wady wskazać należy (co zresztą uczyniłem w ankiecie) głośną, chlupoczącą klimatyzację oraz słaby odpływ wody z wanny. Dramatu nie ma, prawda?? ;) Warty dziesięć dolarów przejazd do centrum Waszyngtonu postanowiłem zrealizować nie od razu. Skorzystałem z hotelowego shuttle’a z nadzieją, że na BWI zjem śniadanie w mojej ulubionej restauracji. Tymczasem okazało się, że jedyny McDonald’s jest już za bramkami bezpieczeństwa. Obszedłem się więc smakiem i wskoczyłem do kolejnego, tym razem lotniskowego shuttle’a jadącego na dworzec. Pozwoliłem sobie na kanapkę z rybą (konkretnie – sandwich z ciemnych tostów z sałatką z tuny), serowy paluszek (ze świeżej mozzarelli) i sok pomarańczowy. Mając poczucie, że zostałem w biały dzień obrabowany, udałem się na peron, aby przez śniadanie nie uciekł mi pociąg. Sprawdziłem tor, usiadłem przy właściwym. Nadano komunikat o wjeżdżającym pociągu do Waszyngtonu. Sprawdziłem czas – cóż za punktualność – przyjechał przed czasem, więc pewnie odjedzie idealnie – pomyślałem. Nie zwróciłem tylko uwagi, że napisy na wagonach brzmiały MARC zamiast Amtrak. Tym sposobem wsiadłem do innego pociągu, ale szczęśliwie nie miało to złych konsekwencji. Wesoły murzyn uświadomił mi moją pomyłkę i fakt, że przepłaciłem 4 dolary kupując bilet na Amtrak i choć podejrzewam, że wedle przepisów mogłoby wyglądać to nie najlepiej, to jednak pozwolił mi zostać i dojechać na waszyngtońską Union Station przed czasem. Hala główna dworca w DC rzuca na kolana. Ogromna, wyłożona marmurem, wykończona z przepychem, ozdobiona licznymi rzeźbami sprawia co najmniej imperialne wrażenie. Jak się potem okazało, to cecha typowa dla całej okolicy – marmury, granity i inne, elegancko obrobione kamienie, wszechobecne kolumny i rzeźby w stylu klasycznym – tak wyobrażam sobie starożytny Rzym w czasie jego świetności, tak wygląda dzisiejsza stolica Ameryki. Podobnie jak w Bostonie, pogoda była wyśmienita. Bezchmurne niebo i naprawdę upalnie – gdyby tylko było gdzie się napić, byłoby wspaniale. Włócząc się między kolejnymi, niemal identycznymi federalnymi budynkami, zacząłem szybko wysychać. W okolicy nie było żadnego sklepu, żadnego ulicznego handlarza – tylko policje wszelkich typów, bezpieczniacy, tajniacy i żandarmi. W końcu dotarłem do muzeum sztuki nowoczesnej, gdzie ugasiłem pragnienie świeżą wodą z publicznego dystrybutora. Sztuka nowoczesna mnie nie zawiodła – okazała się taką kaszaną, jaką wyobrazić sobie może przodujący sceptyk. Szczęśliwie, w galerii gościły również dzieła Edwarda Muncha i to one uratowały wizerunek muzeum. Niestety, nie można było robić zdjęć, więc najlepiej współgrającego z moim uczuciami obrazu „The lonely one” nie opublikuję. Kto nie zna, a chce zobaczyć – googlować. :P

W parku znajdowały się punkty z napojami, ale wszystkie licencjonowane, identyczne i z tym samym asortymentem. Nie trudno się więc domyślić, że ceny były monopolistyczne. Przykładowo – ponad dwa dolary za szklankę pepsi, do której i tak dorzucali lód. Rabunek, ale kto by się nie dał obrabować w taki słoneczny dzień…;) Mój szlak wiódł dalej wzdłuż muzeów, ale nie odwiedzałem ich. Wiedziałem, że mam niewiele czasu, a wiele było jeszcze do zobaczenia… Dotarłem więc pod obelisk Waszyngtona, a stamtąd pod Biały Dom, który był drugim priorytetem tej wycieczki. Okazał się rzeczywiście biały;), nie dostrzegłem też żadnych śladów nowego prezydenta. Pamiątkowe zdjęcie i w drogę – Lincoln Memorial czekał. Nie miałem oczywiście zamiaru robić sobie zdjęcia z „tyranem”, ale jako że Hala Pamięci Czang Kaj-szeka w Tajpej była nim inspirowana, więc wypadało zobaczyć oryginał. Przeszła mnie fala obrzydzenia na myśl o zaprzepaszczonych szansach, utraconych przez Amerykę wolnościach i pomordowanych Konfederatach, ale w końcu to nie mój kraj i nie powinienem się nad nim zanadto rozczulać. Ruszyłem więc dalej, w miejsce upamiętniające wojnę w Korei. Zdaje się, że była to jedna z nielicznych amerykańskich kampanii przeprowadzonych w słusznej sprawie i zgodnie z decyzjami ONZ (ha – myślałby kto, że kiedyś nabierze to dla mnie znaczenia XD). Pamiątkę Wietnamu jakoś przegapiłem, ale czas naglił i nie zawróciłem. Było za późno na Smithsonian, ale przy dworcu znajdowało się jeszcze muzeum poczty. Obowiązywał w nim zakaz używania lampy błyskowej, co BARDZO mnie zdziwiło, ale musiałem się dostosować. Niektóre eksponaty były nadzwyczaj interesujące, jak np. pojazd gąsienicowo-płozowy czy uroczy plakat. Pozostała jeszcze tylko podróż powrotna do Nowego Jorku pociągiem Northeast Regional, który może nie był tak komfortowy jak Acela, ale podróż minęła mi szybko i dość przyjemnie. Niestety, Amtrak wzbogacił się o mój kapelusz, którego zapomniałem zabrać. :(

Written by Liberalismus

11/09/2010 at 17:51

Pamiętać Acelę, nie zapomnieć o Bostonie

Skomentuj »

Każdego dnia doświadczam czegoś wartego opisania, więc nie mogę sobie pozwolić na zbytnią zwłokę w robieniu notatek. Tak łatwo zapomnieć charakterystyczne fakty i osobliwe ciekawostki…

Pierwszą w życiu podróżą amerykańskim pociągiem miała być wyprawa do Bostonu. I to nie byle jakim pociągiem, gdyż trasa Waszyngton – Nowy Jork – Boston to jedyny w USA szlak, na którym kursują ekspresy Acela, rozpędzające się podobno do 150 mil na godzinę. Nie jest to może zawrotna szybkość dla kolei dużych prędkości, ale jako tradycyjny klient PKP musiałem być pod wrażeniem. Cena szokowała nawet bardziej niż możliwości techniczne – 95 USD za ok. trzy i pół godziny jazdy. Hmmm… czy było warto??Wygodne, skórzane fotele, wydajna klimatyzacja, darmowe Wi-fi, duże i czyste toalety – to niewątpliwe zalety Aceli. Brakuje jednak wliczonego w cenę biletu napoju i ciasteczka – znanych z PKP (waniliowa lub kakaowa markiza w klasie drugiej, ciasteczko korzenne – w pierwszej – a czy ktoś wie, czy pojawia się jeszcze prince polo mini lub herbatniki??). Ponadto ma się nieustanne wrażenie, że pociąg jedzie znacznie poniżej swoich technicznych możliwości – a widać to najlepiej w odniesieniu do samochodów, które wyprzedza bardzo niemrawo. Co ciekawe – Acelą jeździ dość dużo ludzi. Niemal wszyscy nie wyłączają ani na chwilę swoich komputerów, a możliwość swobodnej rozmowy przez telefon wydaje mi się jednym z decydujących czynników wyjaśniających popularność pociągu, który jest przecież wolniejszy i czasem nawet droższy od samolotu.

Boston okazał się uroczym miastem, łączącym swe historyczne walory z cechami nowoczesnej metropolii. Jest też przyjazny dla turystów, gdyż tzw. Freedom Trail, czyli szlak łączący paręnaście najważniejszych zabytków związanych z amerykańską niepodległością, jest wymalowany lub wybrukowany na czerwono, a liczne znaki służą dodatkową informacją. Mając jeden dzień na zwiedzanie, polecam zacząć od wczesnego rana – można uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek, jakich doświadczyłem, zacząwszy zwiedzania po południu. Mówiąc krótko – pospóźniałem się w kilka miejsc, z domem Paul’a Revere’a i USS Constitution włącznie. Z tą ostatnią sprawa jest nieco bardziej złożona, gdyż udało mi się dotrzeć do niej pięć minut po czasie, kiedy to załoga w eleganckim szyku maszerowała w górę i w dół placu apelowego, śpiewając o tym, jak wyjątkowa jest amerykańska marynarka, co było dla mnie pewną formą rekompensaty za niewejście na pokład.Na czas przyjechałem za to do New England Aquarium, posiadającego w swej kolekcji dużo interesujących gatunków ryb, słeetuśne foczki pływające brzuchem do góry, morskie zwierzątka o dziwacznych kształtach, a przede wszystkim – kilkadziesiąt cudnych pingwinów, należących do czterech różnych gatunków. Są śliczne, w wodzie poruszając się z niesamowitą lekkością i zwinnością, a na lądzie zachowują nadzwyczaj nieporadnie. Byłem świadkiem, jak jeden z nich próbował wdrapać się na skałkę, ale nie udało mu się, ześlizgnął się, spadł i podniósłszy się – stał oszołomiony i zapewne wielce zdziwiony przebiegiem zdarzeń. Urocza scena. :)  Co prawda metro (porządne, z bramkami otwieranymi magnetycznym, pre-paid’owym Charlie Ticket) nie dojeżdża bezpośrednio na lotnisko w Bostonie, ale z najbliższej względem niego stacji metra kursują darmowe shuttle. Są dobrze oznaczone i jadą krótko, więc bez problemów dostałem się do samolotu lecącego do Baltimore, a konkretnie na BWI, które z powodzeniem wykorzystywane jest jako tańsza alternatywa dla waszyngtońskiego lotniska im. Reagana.

Written by Liberalismus

07/09/2010 at 0:06

Napisane w Uncategorized

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.